Saturday, 29 October 2011

Swanetia, Gruzja



Biorąc pod uwagę to, że spędziliśmy tam cały tydzień i to, że wydarzyło się tam najwięcej, będzie to ciężka notatka do napisania.


























Swanetia jest to region górski położony w północnej części Gruzji. Dostaliśmy się tam z Batumi dwoma marszrutkami, z czego jedna jechała 3h po p pięknej górskiej drodze z niesamowitym dzikim krajobrazem za oknem. Droga prowadzi właściwie cały czas na skraju, przepaści, a kierowcy są mocno wyluzowani i prowadzą dosyć brawurowo. Marszrutką dojeżdza sie do miejscowości Mestia. Jest to ostatnia w miarę duża wioska, ze sklepami i wielkim, nowoczesnym komisariatem policji. Jest to norma w Gruzji. Widzimy tu dosyć mocny kontrast pomiędzy jakością życia policjanta, a zwykłego mieszkańca wsi/miasta. Wszyscy policjanci jeżdżą tu nowymi samochodami i pracują w bardzo nowocześnie (co raczej nie znaczy, że ładnie) zaprojektowanych budynkach. Pensja policjanta jest grubo wyższa od przeciętnej krajowej. Co dziwi, Gruzini na to aż tak bardzo nie narzekają.
Gdybym opowiadał dzień po dniu zajęlo by to więcej niż zdjęcia, które tu wstawię, więc sobie to odpuszczę. Wiekszość dni spaliśmy w namiocie. Tylko raz rozleniwiliśmy się na tyle żeby wynająć pokój w Ushguli, najwyżej położonej miejscowości w okolicy. Zwykle jednak spaliśmy w namiocie, jak nie na 3000m, to gdzieś w krzakach poza szlakiem, albo nad strumieniem. Noc na szczycie wspominamy najgorzej, chociaz zależy jak na to patrzeć. Mimo tego, że założyliśmy na siebie wszystkie ubrania, które mieliśmy ze sobą, nie mogliśmy spać całą noc z powodu zimna. Bonusem było czyste niebo z pełnym wachlarzem gwiazd i to, że rozbiliśmy się powyżej chmur. Moment kiedy słońce wyszło był najprzyjemniejszy, wygrzaliśmy się, wysuszyliśmy rzeczy i zaczekaliśmy aż lód z namiotu się roztopi.
Kolejne dni przebiegały spokojniej, ale nie obyło się bez licznych wycieczek offroadowych, które sami sobie fundowaliśmy. Zwykle wychodziliśmy na szlak cali mokrzy i podrapani, od dwu-godzinnego przedzierania sie przez krzaki. Jakoś się udawało. Przedostatniego dnia, kiedy już schodziliśmy na dół, chcieliśmy uniknąć ponownego rozbijania się na szczycie i na siłę zaczęliśmy schodzić w dół. Tego dnia właściwie nic nie jedliśmy więc chcielismy zejść jak najniżej celem rozpalenia ogniska, na który moglibyśmy zagotować wodę na dwie ostatnie zupki chińskie. W momencie kiedy zaczęliśmy zbierać drewno, zaczęło padać, więc rozbiliśmy szybko namiot na możliwie najbardziej płaskim obszarze krzaków. Rano wyruszyliśmy jak najszybciej, żeby zdążyć przed wieczorem z powrotem do Mestii. Problem był taki, że nie mogliśmy już wrócić do szlaku i musieliśmy iść razem z biegiem strumienia, co w pewnym momencie okazało się niemożliwe, bo strumień zaczął sie robić mocno górski. Musieliśmy się wdrapać na jedną stronę wąwozu, tylko problem był taki, że z mieliśmy z lewej strony kamienną ścianę, a z prawej  kupę krzaków. Po wielu przygodach, z których niektóre były dosyć niebezpieczne znaleźliśmy moment, gdzie wejście na lewe zbocze zrobiło się możliwe. Po kolejnym przedzieraniu sie przez krzaki wyszliśmy wreszcie na dosyć stromą polanę, którą całe szczęście doszliśmy do szlaku. Na całej tej operacji straciliśmy dużo czasu, bo zeszliśmy kilkaset metrów w dół, a potem kilkaset metrów w górę w poszukiwaniu szlaku. Do wioski dotarliśmy około 21. Po długim czasie bez jedzenia rzuciliśmy się na kolację i poszliśmy spać.
O 6 rano odjeżdżała marszrutka do Zubdidi, skąd mieliśmy kolejnego busika do Tbilisi.

Zdjęcia raczej starałem się umieszczać w kolejności chronologicznej.





















































No comments:

Post a Comment

Mój blog bierze udział w konkursie Fotoblog 2011 roku