Wednesday, 8 September 2010

WARSZAWA - LWÓW - CZERNIOWCE - SUCZAWA - GURA HAITI - MANGALIA - BUKARESZT - SUCZAWA - CZERNIOWCE - LWÓW - PRZEMYŚL - RZESZÓW - WARSZAWA

zdjecia robione canonem eos 3000 + canon 17-40mm/4 L na filmach ilford 400 i fuji 200



 LWÓW
 Pierwszym etapem naszej podróży do Rumunii był ukraiński Lwów. Spędzilismy tam cały dzień w oczekiwaniu na pociąg do Czerniowców. Ja spędziłem go znacznie ciekawiej poniewaz oczywiscie nie obyło się bez przygód i zaraz po przyjezdzie do Lwowa zgubiłem mój paszport, co mogło zmusić mnie do powrotu do Warszawy już pierwsego dnia. Spędziłem około 7 godzin biegając z Adamem od konsulatu do fotografa, od konsulatu na policję w miedzyczasie jedząc obiad w pospiechu. Udało się, pani Konsul wyrobiła mi paszport tymczasowy, chociaż nie była to tania zabawa.












  









GÓRY KALIMEŃSKIE (RUMUNIA)
Aby dojechać ze Lwowa do Vatra Dornei musielismy się sporo natrudzic. Całe szczęście udało nam się kupić bilety na pociąg sypialny do Czerniowców, gdzie zazylismy pierwszej "kąpieli" (pod kranikiem w pociągowej toalecie) od czasu opuszczenia Warszawy. Dojechalismy kolo godziny 4 i musielismy szybko znalezc autobus, ktory przetransportuje nas prezz granicę ukraińsko - rumuńską. Trafiliśmy na starego Ikarusa wypełnionego po brzegi przemytniczkami starej daty, ktore bezczelnie probowały przemycac papierosy we wlasnych stanikach, majtkach oraz rajstopach. Mimo ze Suczawa, do ktorej zmierzalismy nie jest jakos bardzo daleko podróz zajęła nam 4 godziny. Stało się to za sprawą włąsnie owych przemytników, ktorych na granicy zatrzymała rumuńska służba celna. Bylismy swiadkami wszelkiej patologii występującej na wschodnich granicach. Skończylo się łapówką , na ktorą składał się cały autobus. Z Suczawy złapalismy pociąg, ktory juz bezposrednio dowiozł nas do miejscowosci polozonej nieopodal gór kalimeńskich. Następnego dnia podzielilismy się na tych, ktorzy mieli siły i chęci na górskie wędrówki i na tych, którzy woleli odpocząc i co wazniejsze, skorzystac z kampingowego prysznica. Pogoda była idealna na chodzenie po górach. Ludzi, ktorych spotkalismy na szlaku mozna bylo policzyc na palcach jednej ręki, w odróżnieniu od polskich gór, w ktorych juz mozna zauwazyc fenomen kolejki do wejscia na giewont i 5cio godzinnej kolejki na wagonik wiozący turystów na szczyt Kasprowego. 
Oczywiście i tu nie obyło się bez przygód. Kiedy juz powoli mielismy rozglądać się na miejscem do rozbicia namiotów nasza grupa się troche rozciągnęła i szedlem jakies 100 metrow z przodu. Nagle wybiegło w moją stronę kilka, moze kilkanaście psów pasterskich, o ktorych nie moznabylo powiedziec, ze są przyjaznie nastawione. W pewnym momencie znalazlem się w malej pułapce, otoczony przez zblizające się psy. Próbowalem wycofywac się w stronę gęstej kosodrzewiny, kiedy dwa z psów zaczęly za mną biec, przerazliwie ujadając. Rzucilem sie panicznie biegiem w głąb kosodrzewiny, co nie bylo takie latwe mając na plecach w pelni zaladowany plecak. Na szczęście w tym momencie psy odpuściły bo przyszedł mały pasterz, ktory pilnował owiec, ale najwyrazniej psow nie zdolal upilnowac. Jedno ze zdjęc przedstawia wlasnie owego pasterzyka.
Kiedy juz się rozbijalismy i szykowalismy się ro robienia kolacji z lasu wybiegł trochę większy pasterz, moze w moim wieku, cos chaotycznie mowiac i gestykulując. W koncu używając języka obrazkowego narysowal cos co z początku wyglądało jak wilk, ale okazalo się oslem, albo koniem(tego ciągle nie mozemy byc pewni). Udalo nam sie ustalic ze ucieklo mu 13 tych osło-koni i wszędzie ich szuka. Z początku bylismy przekonani, ze chce nas ostrzec przed wilkami, albo jakim innym zwierzeciem, bo przeciez w Górach Kalimeńskich zamieszkuje najwięcej wilków i niedzwiedzi w Europie (nie licząc Rosji). Pod koniec poprosil nas o kawalek czekolady i pobiegł dalej szukac, mimo iz zapadal juz zmrok. 
Nastepnego dnia wczesnym rankiem wyruszylismy mając na celu zdobycie najwyzszej okolicznej góry, tj. Pietrosula. Jedynym problemem byl czas, ktorego nie mielismy zbyt wiele. Poza tym na Pietrosul nie prowadzil zadem szlak. Zgodnie z przewodnikiem obralismy trasą stromym żlebem, ktora okazala się byc najgorszą z możliwych, ponieważ szybko natrafilismy na niekończący się gąszcz naprawdę gęstej kosodrzewiny. Jako ze prowadzilem grupę, postanowilem ze pojdziemy tą drogą, co moze nie okazało się najlepszą decyzją, bo szlismy godzinę zamiast przewodnikowych 20 minut. Okazało się ze podobało się wszystkim z małym wyjątkiem Adama, ktory doszedl cały podrapany i zmęczony. Jako ze nie bylo juz więcej czasu, nie zdobywszy Pietrosula musielismy się kierowac szybko w dol po bardzo stromym zboczu z powrotem do Gury Haiti i nie jest to mój błąd ortograficzny, ale nazwa miejscowosci z której startowalismy. Kilka godzin pozniej juz siedzielismy w pociągu, ktory mial nas zabrać az do Mangalii nad Morzem Czarnym.




  






































MORZE CZARNE (OKOLICE MANGALII)
Nad Morzem spędzilismy 3 pełne dni. Pogoda dopisywała więc większosc czasu spędzalismy na plazy, kąpiąc się i przesiadując w pobliskim barze. Mieszkalismy wszyscy na campingu, gdzie moglismy zazyc pierwszego normalnego prysznica od 5,6 dni. Jak mozna latwo zobaczyc wszędzie towarzyszył na keybord YAMAHA, na ktorym to powstały wybitne utwory, będące znakiem rozpoznawalnym naszego wyjazdu.
























BUKARESZT
Nie ma co sie tu rozpisywac. Ciekawa wystawa w muzeum sztuki nowoczesnej, ale poza tym to okropne miasto


















No comments:

Post a Comment

Mój blog bierze udział w konkursie Fotoblog 2011 roku